O tym jak Prezes „nito” stracił, a Stary Leon zyskał

 

Brenna, musiało to być jeszcze przed końcem roku 2001, bowiem Stary Leon był jeszcze wtenczas aktywny zawodowo. Może styczeń, albo luty tegoż roku, jeden z pierwszych kuligów organizowanych przez nasze Koło.

Pogoda na takie działanie wymarzona, siarczysty mróz może –10°C albo i lepiej, śniegu na beskidzkich bezdrożach po pas, nastroje całej grupy wyśmienite, a jeśli nawet w pojedynczych przypadkach tak nie było, to zawsze można było sobie humor poprawić najnowszym wynalazkiem ówczesnego przemysłu spirytusowego - „Balsamem Pomorskim”.

Kulig w takich warunkach był niesamowitym i niepowtarzalnym przeżyciem.

Po kuligu, jak tradycja naszego Koła nakazuje, wieczornica w uroczym lokalu, którego nazwy już niestety nie pamiętam.

Na wieczornicy podano wyśmienite pieczone prosię, które uczestnicy obficie podlewali znakomitym, wymienionym już „Balsamem Pomorskim”, czym upodobniali się do zwierzęcia, które właśnie spożywali.

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i po licznych śpiewach biesiadnych, „tańcach, hulankach, swawolach”, trzeba było się zbierać do autobusu. Jednak przed lokalem płynął sobie rwący górski potok z oblodzonymi brzegami.

Stary Leon, który był po całej imprezie już nieźle „zabalsamowany”, (by nie powiedzieć brutalnie, że był „zalany w trupa”), ubzdurał sobie, że ten potok to Brynica, czyli rzeka, która odgranicza Górny Śląsk od Polski, i że musi ją pokonać wpław (musisz w tym miejscu wiedzieć, Drogi Czytelniku, że umiejętności pływackie Starego Leona podobne są do siekiery bez trzonka). Jednakże zagrożenia dla jego życia nie było, bowiem ów potok miał najwyżej dwadzieścia centymetrów głębokości i z tą propozycją pokonania potoku wpław zwrócił się do prezesa słowami: „Krzysiu, kompiymy sie?”. Prezes na odczepnego, był bowiem trzeźwy jak przysłowiowe niemowlę, rzucił śląską gwarą: „Leon jak wleziesz do tej wody po bosoku to stawiom połka”. Myślał w dobrych zamiarach, że w ten sposób odrzuci głupi pomysł swojego, bądź co bądź, dobrego kolegi. Jednak Leon, jak to zwykle na dopingu bywa, podjął zakład podwyższając jego stawkę na 0,7 l, czyli w górniczej gwarze tytułowe „nito” (bo ni to połka ni to liter). Jak „słowo się rzekło”, Leon zdjął buty i skarpety i na bosaka przemaszerował przez lodowatą wodę. Krzysztof obserwował z otwartymi ze zdziwienia ustami wyczyn swojego kolegi z mostku nad potokiem.

Prezes Krzysztof, zgodnie z zakładem, 0,7 postawił i po powrocie z kuligu bohaterowie powyższej opowieści wypili go u Starego Leona w domu.

Na zakończenie, zabawne podsumowanie całej tej historii: otóż kiedy nasi bohaterowie spożywali w domu Leona trunek, jak również raczyli się dobrym ciastem, żona Leona zwróciła się do prezesa tymi słowy: ”Krzysiu, tyś i tak mioł wtedy szczynści, bo jak jo by ni miała rajtuz obleczonych yno skarpety, to by Cie to nie kosztowało jedno „nito” yno dwa!

 

                                                                                                                                                              L. Bartel

Artykuł zawiera lokowanie produktu.